media – Offschool Fundacja
media

Fenomeny Jutra. Siostrzeństwo, braterstwo – czy warto budować wspólnoty?

Życie w cywilizacji zmusza nas do posiadania oddzielnych adresów, nasza normalność oznacza codzienny powrót do mieszkań, gdzie często mamy kogoś bliskiego, czasem czeka tam na nas nawet kilka osób, czasem też zwierzak – nie żyjemy już jednak plemiennie – nasze matki, babcie, ciotki mają swoje oddzielne domy. Do przeszłości odeszło mieszkanie w jednym wspólnym, wielkim domu. Zmiana ta przyniosła wiele dobrego, szczególnie w budowaniu własnej tożsamości, ale coś zabrała…

Zapisujemy się więc na kobiece kręgi, chodzimy na jogę dla dziewczyn i szukamy spotkań, które dodają nam siły, wiary w siebie i w otaczający nas świat. Niezależnie od tego, czy są to spotkania rodzinne, ze znajomymi czy obcymi, potrzeba budowania wspólnot była, jest i będzie niezbędna do życia i prawidłowego rozwoju intelektualnego oraz emocjonalnego człowieka.

Żeby zrozumieć znaczenie i definicję słowa WSPÓLNOTA, należałoby ją nieco odświeżyć. Dla wielu z nas wspólnota to przede wszystkim bezpieczna przestrzeń do budowy relacji i ludzie, którzy z własnej woli chcą być tu i teraz razem.

Nieświadomie cały czas tworzymy wspólnoty – będąc częścią zespołu firmy, idąc po pracy do klubu fitness czy odwiedzając regularnie to samo miejsce (np. bibliotekę, kawiarnię, sklep, w którym robimy codzienne zakupy). Potrzeba bycia razem jest tak silna, że sprawiła nawet powstanie na świecie inicjatyw zwanych jako co-living /co-housing – gdzie pewna grupa decyduje się na wspólne zamieszkanie i dzielenie życiowej przestrzeni z ludźmi, których wcześniej nie znała, przez dłuższy czas.

Potrzeba bycia członkiem wspólnoty jest z nami niemal od urodzenia – pierwsze wspólnoty tworzymy już przecież w piaskownicy. Bardzo widoczna jest ta potrzeba w okresie nastoletnim.

Osoby dorastające często są ograniczane przez swoich rodziców, opiekunów w kwestii wyboru, np. znajomych czy grup wspólnych zainteresowań. Ten brak swobody w formowaniu osobistych kręgów wsparcia w grupie równolatków jest niebezpieczny, bo to właśnie nowe kręgi mogą być impulsem do wzrostu. Poszerzają one horyzont myślowy, dodają nowe spojrzenie na rzeczywistość, a w konsekwencji pomagają wytwarzać nowe połączenia neuronalne. Jeśli chcemy, żeby dzieci były szczęśliwe, żeby mogły wyrażać siebie w autentyczny sposób, to powinniśmy dać im swobodę w podejmowaniu decyzji i nawiązywaniu relacji z otoczeniem. Jeśli wierzycie, że będąc blisko ze swoim dzieckiem, pokazujecie jak budować relacyjny kapitał, to bądźcie z nim na serio.

Obecność, bycie przy kimś nie polega jedynie na fizycznej obecności. Chodzi o świadomą obecność, czyli rozumienie swojej roli w danej chwili, ale również tego, co dokładnie dzieje się tu i teraz. Marek Kaczmarzyk, biolog i dydaktyk, w książce „Strefa napięć. Historia naturalna konfliktu z nastolatkiem” pisze o wspólnym przeżywaniu rzeczywistości – to jego zdaniem najważniejsza, choć niewystarczająca, podstawa wychowania.

Rola społeczności. Nauka empatii, odpowiedzialność i…

Ogromne znaczenie odgrywa wzajemne wspieranie się powiązane z brakiem oceniania, budowanie poczucia własnej wartości, siły i sprawczości.

Jak często przekonujemy się, że dużą wartość w społeczności, do której należymy, ma przyzwolenie na popełnianie błędów, a także możliwość przepracowania swoich lęków, obaw? Bycie częścią społeczności zaspokaja potrzebę przynależności. Dzięki związkom z ludźmi doświadczamy świata. Inny jest jednak świat postrzegany przez pryzmat braterstwa, a inaczej patrzymy na ludzi i otoczenie, będąc częścią siostrzeńskiej grupy.

W 2021 Marta Majchrzak i Sandra Frydrysiak opracowały raport na temat idei siostrzeństwa w Polsce. Dowiadujemy się z niego, że ideę siostrzeństwa praktykujemy w hermetycznych grupach: w rodzinie (56 proc.), bliskiej grupie przyjaciół (49 proc.), klubie sportowym (40 proc.), czyli wśród osób realizujących podobny styl życia, o podobnych poglądach i wartościach.

Jednocześnie potrzebę bycia w siostrzanej wspólnocie wskazuje 69 proc. osób. Jak mówi Marta Majchrzak, ekspertka fundacji OFF school, większość Polek nie czuje wspólnoty z innymi kobietami, a jednocześnie bardzo za taką wspólnotą tęskni. Siostrzeństwo wydaje się fatamorganą, o której wszyscy słyszeli, ale jednak większość z nas nie miała okazji zaznać tego rodzaju wspólnoty. Powszechnie za to znane jest pojęcie braterstwa, które jest postrzegane jako męskie i patriarchalne; brakuje w nim troski i empatii w takim wymiarze, w jakim to można obserwować w kobiecych społecznościach. Braterstwo definiuje się pozornie jako idea uniwersalna, lecz rzadko taką bywa, ponieważ jest budowane na męskim doświadczeniu, a język, którego używa, jest patriarchalny i wykluczający.

Mając na uwadze powyższe, pozostajemy bliżej myślami przy siostrzeństwie, bo jak zwraca uwagę Majchrzak, większość kobiet doświadcza bezustannej i narzucanej przez patriarchat rywalizacji, a jednocześnie tęskni za kobiecym wsparciem i wspólnotą. We wszystkich badanych grupach widać ogromną potrzebę solidarności między kobietami.

Zatem twórzmy wspólnoty, poszerzajmy kręgi i… bądźmy sobą.

Data publikacji: 22.03.2022, Forbes Women

  • Rozmowa w Radio Nowy Świat na temat oceniania, wyglądu i tworzenia relacji:

https://nowyswiat.online/jak-ograniczac-stereotypy-plci-i-edukacje-dla-ocen-o-projektach-fundacji-off-school/





Stereotypy czy uprzedzenia? Wszyscy padamy ich ofiarą

Jeśli patrzysz zdziwiona na koleżankę, która „ogarnia” tankowanie, mycie samochodu i jeszcze podjedzie do wulkanizatora wymienić we wspólnym aucie opony, uśmiechając się, bo bardzo te czynności lubi (nawet bardziej niż zakupy czy plotkowanie) – to stereotyp. To, co myślisz o niej, to utarty schemat, w który twój mózg próbuje cię wtłoczyć. Jak to – kobieta i samochód? Kobieta może jeździć ostrożniej, rzadziej powodować wypadki i… wzbudzać sensację. Kiedy kobieta spowoduje wypadek, wtedy słyszymy, zazwyczaj z ust mężczyzny, że „baba za kierownicą” i wiadomo, dlaczego wydarzył się wypadek. A kiedy sprawcą jest mężczyzna? No, przecież zdarza się; wypadek to zdarzenie losowe.

Słyszysz relację z weekendu znajomego, opowiadającego z uśmiechem na twarzy, jak to sobie „pogotował”. A co robiła w tym czasie jego partnerka? On przyznaje, że po prostu czytała, ona uwielbia znikać z książką. Niesłychane, myślisz, ja bym też tak chciała. Tylko chodzi o to, że to nie jest wcale codzienne, że widzisz w kuchni faceta, a w tym samym czasie jego ukochaną z książką w ręce. To też stereotyp, bo strefa kuchenna, pokój dziecka czy pomieszczenie, gdzie stoi pralka – należeć powinno do kobiet; one się po prostu lepiej na tych rzeczach znają… a może taki dostały przykład z domu?

Zdziwienia

Dziwią cię spojrzenia znajomych, odwiedzających was na kolacji, kiedy pytając o przepis na zapiekanego bakłażana, ich wzrok ląduje na tobie, bo jesteś kobietą? W tej samej chwili twój mąż śmieje się i mówi, że to bardzo prosty przepis, a tak ogólnie, to lubi gotować z tzw. głowy, czyli bez podanego przepisu. On odważnie przyznaje, że lubi być w kuchni, na pewno bardziej niż w garażu.

Coraz więcej takich jest podobnych sytuacji wokół nas, a my wciąż się dziwimy. Ktoś jest nie na swoim miejscu, czyli… łamie utarte schematy.

Ale przecież ktoś ze swadą stwierdzi, co my tu za fanaberie pokazujemy, kiedy wokół nas w zasadzie każdy dąży do równości, wielu mężczyzn pracuje nad swoimi emocjami, dzieląc się odczuciami, kwieciście je opisując, a nawet momentami zalewając innych dookoła swoją emocjonalnością. Możliwe jest też, że trafimy na mruka (czyt. introwertyka), który przemilczy swoje zdanie, ale tak w ogóle, jakby ktoś pytał, to mamy to „przepracowane”.

Punkt widzenia zależy od…

A jak wygląda sytuacja z punktu widzenia kobiety? Czy mamy świadomość, że mężczyźni szanują nasze zdanie i opinie, często kosztem swoich potrzeb? Kiedy ty, facecie, milczysz, ona może wypowiedzieć swoje zdanie – tak, właśnie teraz, dostała swoje 5 minut. Nie chce skorzystać? Szkoda, przecież otrzymała „przestrzeń”, jak to się ładnie nazywa. A że nie skorzystała, to jej wybór. Tu właśnie o wybór chodzi. Ostatnio znajomy zauważył, że wszystko kręci się wokół możliwości wyboru, bo gdyby wszystkie kobiety mogły decydować, to nie byłoby tzw. tematu.

Podejdźmy więc naukowo i wyjaśnijmy, jaki sens ma słowo stereotyp – według Małgorzaty Bułaszewskiej, autorki „Wizerunku kobiety w sieci i poza siecią”, to fakt społecznie powielany i akceptowany, reprezentujący dominujące cechy danej kultury. Na pewno każda z nas nieraz usłyszała, że wygląda, jak „stara malutka”, ktoś jest za stary na coś albo zachowuje się jak typowa Matka Polka.

Mimo postępującego rozwoju, większej świadomości, to, jak wygląda kobieta, jest oceniane bardzo surowo, nawet przez nie same. Dodatkowo internet nie działa wspierająco, to w tej przestrzeni znacząco wzrasta hejt i negatywne emocje.

Koszty

Stereotypowa „grzeczność” jest oczekiwaniem tak wygórowanym, że wiele zaburzeń zdrowotnych dotyka właśnie dorastające dziewczyny, które próbują sprostać wyzwaniu. Zmagają się z przekonaniem o ślicznie ubranej, stosownie do okazji, uśmiechniętej osobie, której świat będzie jadł z ręki, kiedy dostosuje się do tej wizji. Kwestia wygody i użyteczności stroju pozostaje drugorzędna; to tylko koszt, a koszty ponosimy zawsze, czyż nie?

W większości krajów to mężczyźni mają przyzwolenie na wyrażanie siebie w każdej formie. Zachowanie kobiet, ich ubiór podlegają znacznie częściej ocenie, co ma wpływ na ich życie zawodowe, ale przede wszystkim ma ogromny wpływ na budowanie własnej siły, samostanowienia o sobie i poczucia wartości. To otoczenie i oczekiwania społeczne sprawiają, że staramy się im sprostać, nie zastanawiając się dlaczego.

Tu i teraz

Czy w XXI w., w czasie kiedy mówimy o podróżach w kosmos, autonomicznych pojazdach, sztucznej inteligencji, musimy mierzyć się ze sprawami, które powinniśmy załatwić już kilkaset lat temu? Jedno jest pewne, im bardziej będziemy świadome, jakie są na nasz temat stereotypy, im wcześniej będziemy znać źródła ich powstawania, tym bardziej poszerza się nasza perspektywa i możemy przeciwdziałać krzywdzącemu działaniu stereotypów.

Data publikacji: 05.05.2022, Forbes Women

Nie da się budować relacji z dzieckiem słowami: „jesteś głąbem z matmy”

Dziecko wraca do domu po zakończeniu roku szkolnego. Jak zacząć z nim rozmowę?

Agnieszka Święch, Fundacja OFF School: Na początek warto podziękować.

Podziękować? Jak by to mogło wyglądać?

A.Ś.: „Dziękuję ci, córko, że przez cały rok szkolny się starałaś i dotrwałaś do czerwca. Zdaję sobie sprawę, że to był ogromny wysiłek. Podziwiam cię i szanuję”. A potem można zerknąć na świadectwo i się pośmiać

Wielu rodzicom nie jest do śmiechu, gdy widzą oceny.

Grzegorz Święch, Fundacja OFF School: A mogłoby, bo są bez sensu. Od przedszkola uczymy dzieci, że ich wartość zależy od ocen w zeszycie albo na świadectwie. Najpierw są czarne i czerwone serduszka, słoneczko albo deszczowa chmurka. W teorii bezpieczne, ale przecież każdy ten symbol kojarzy się jednoznacznie dobrze albo źle. Później przychodzą stopnie i egzaminy, którym cały system w szkole jest podporządkowany. I robi się jeszcze gorzej, bo ten system jest archaiczny. Ekstremalnie niedopasowany do obecnego stanu wiedzy i współczesnego świata.

Mimo to rodzice za nim podążają.

A.Ś.: W szkole dziecko uczy się, że jego wartość jest w rękach nauczycieli. Od ich opinii zależy szkolna reputacja ucznia. Niższa ocena i spada w tabeli rankingowej, co samo w sobie jest karą. Zdarza się, że takiej ocenie towarzyszy upokarzający komentarz nauczyciela i śmiech innych uczniów.

G.Ś.: Dziecko wraca do domu i co się dzieje? Najczęściej dostaje od rodziców jedno z nielicznych pytań w ciągu dnia…

Co było w szkole?

G.Ś.: Odpowiada i znowu obrywa. Dostaje kolejną negatywną ocenę w postaci reprymendy albo kary. Analogicznie jest z wysokimi ocenami. Dziecko dostaje nagrodę w szkole i kolejną nagrodę w domu. Rodzice są mili, uśmiechnięci, zadowoleni. Wtedy jest fajnie. Czego to uczy? Tego, że za wszelką cenę trzeba mieć wysokie stopnie, bo wtedy mama, tata i pani w szkole będą zadowoleni. To nie ma nic wspólnego z rozwojem.

A co ma?

A.Ś.: Autentyczny rozwój człowieka następuje, kiedy coś go zaciekawia. Gdy jest przestrzeń, żeby się w tej ciekawości trochę zatrzymać, porozmawiać. Uczymy się, kiedy jesteśmy zrelaksowani. Tymczasem dzieci są wystawiane na ciągłe napięcie. W szkole i w domu. Trudno o relaks, kiedy spodziewasz się, że zaraz zostaniesz oceniona. Raczej się boisz.

G.Ś.: Proces edukacyjny powinien być podróżą, która zaciekawia i wciąga. Zaprasza mnie do swojego świata i mówi: zobacz, zobacz, zobacz. Oceny kastrują młodych z tej naturalnej ciekawości. Radość odkrywania zastępuje lęk. A rodzice jeszcze go dokładają. My, dorośli, często nie potrafimy się cieszyć osiągnięciami, za to strach mamy świetnie oswojony. Umiemy się tylko bać i uczymy tego dzieci. „Oj, czwórkę dostałaś, a nie piątkę. No ja nie wiem, czy czwórka wystarczy, żeby dostać się na studia. Trzeba to podciągnąć”.

A co nam mówi ta czwórka?

A.Ś.: Dla każdego znaczy coś innego. Dziecko się nie domyśli, jeśli nauczyciel mu nie wytłumaczy. A on najczęściej nie ma na to czasu. Jest zajęty realizowaniem zadań, które nakłada na niego system. Wyobraźmy sobie, że uczeń zamiast oceny z każdego przedmiotu dostaje opis siebie, nie tylko w edukacji wczesnoszkolnej. Co wtedy zrobią nastolatki? Będą naturalnie zaciekawione i zaczną rozmawiać. „A co ci tam napisała babka z polskiego? Bo mi napisała, że mam superwyobraźnię i żeby popracować nad interpunkcją”.

G.Ś.: Jako dorośli robimy czasem w pracy testy psychometryczne. Czy one polegają na wystawianiu ocen? Nie. Opisują, kim jesteś, do czego masz predyspozycje, jakie są twoje mocne strony. Kieruje nami zaciekawienie, a nie rywalizacja. „Zobacz, to jest moja mocna strona i w tym będę się lepiej sprawdzać. A ty do czego masz predyspozycje?”. Odkrywamy przy tym prostą prawdę: nie mogę być lepszy ani gorszy od ciebie, bo nie da się do nas przystawić tej samej miary. Ty jesteś innym człowiekiem

A.Ś.: Tak docieramy do współpracy. „Ja mam to, ty masz coś innego, czego ja nie mam. Zaprosimy do grupy jeszcze kilka osób z innymi zasobami i każdy będzie mógł wykorzystać swój potencjał”. W szkole się tego nie uczy, a tego właśnie oczekuje od nas świat. W ten sposób można również nauczyć się dawać i otrzymywać wsparcie.

Jak dawać wsparcie dziecku, któremu z matmy wybitnie nie idzie?

G.Ś.: Jeden rodzic powie: „Jesteś słaby z matematyki”. Inny powie: „Ty tępaku, kolejna dwója z matematyki”. A mógłby powiedzieć: „Widzę, że potrzebujemy jeszcze popracować nad nauką wzoru, który ułatwi ci rozwiązywanie zadań”. To od nas zależy, jaki komunikat dostanie dziecko. Taki, który zachęci, czy taki, który zniechęci. Możemy wpływać na dziecko, bez nieustannej krytyki.

A.Ś.: Ale żeby do niego dotrzeć, musimy najpierw dać mu poczucie bezpieczeństwa i stworzyć z nim więź. Zainteresować się nim jako człowiekiem. Widzieć jako odrębną istotę, a nie własny projekt, który ma realizować nasz pomysł na jego życie. Czy my, dorośli, chcielibyśmy, by nasi przyjaciele pytali wyłącznie, jak nam się wiedzie w pracy? „Co powiedział szef? Masz już awans? Jeszcze nie? Tylko taki?” Praca to tylko część naszego życia. Jej odpowiednikiem u dzieci jest szkoła. Skupianie się tylko na jednej sferze powoduje, że dobrostan psychiczny człowieka podupada. To właśnie fundujemy dzieciom, nieustannie skupiając się na ich ocenach. Reszta życia jest pomijana.

Kiedy pojawia się coś trudnego w życiu dziecka, rodzice mówią: „Będzie lepszy czas na rozmowę. Teraz zbliża się koniec roku szkolnego, wiec trzeba się skupić na ocenach”. A jak dziecko czy nastolatka coś dręczy, to jak on ma się skupić na tej nauce? Niska ocena z matmy to też jest pretekst do rozmowy, ale nie dyscyplinującej. Siądźmy razem i zapytajmy, w którym momencie mu najtrudniej, gdzie się gubi. Nie da się budować relacji słowami: jesteś po prostu głąbem z matmy.

Jasne, ale trudno się nie czuć się głąbem, jeśli zbiera się same dwóje. Jak się pozbyć ocen ze szkoły?

G.Ś.: Każdy człowiek to unikalna kombinacja cech i predyspozycji, które można rozwijać i ukierunkować. Tymczasem system edukacji traktuje dzieci, jakby były wyciągnięte z kserokopiarki. Ocenianie jest OK w przypadku rzeczy i usług, ale nie, jeśli chodzi o ludzi. Żeby pozbyć się ocen ze szkoły, trzeba wywrócić do góry nogami cały system edukacji i oprzeć go na innej podstawie programowej. Zmniejszyć liczbę lekcji, lektur i zadań, którymi obarcza się ucznia, i zaufać temu, że dobra relacja nauczyciela z uczniem, którą w końcu będzie czas zbudować, zaowocuje lepszymi efektami edukacyjnymi.

Nauczyciel powinien mieć czas na to, żeby poznać ucznia i go zrozumieć. Dobrzy nauczyciele dziś dają z tym radę, ale to jest okupione ich prywatnym czasem i wielkim poświęceniem. System ocen, w którym obecnie funkcjonujemy, jest drogą na skróty. Owszem, da się w ten sposób ocenić więcej dzieci w krótszym czasie, ale że niesprawiedliwie i nieadekwatnie, rujnując im psychikę, to już nikogo nie obchodzi. Dla dziecka oceny oprócz krzywdy nic nie wnoszą. A my w szkole i domu wciąż uczymy dzieci, że mają być doskonałe we wszystkim, i jeszcze nieustannie je porównujemy.

„Janek dostał piątkę, z niego powinieneś brać przykład”.

G.Ś.: Najpierw oczekujemy, że dziecko będzie naśladowało nas. Potem Janka, jutro Stasia, a pojutrze Krzysia. A kiedy dziecko ma być sobą? Nie dajemy na to przestrzeni. Dlaczego? Bo jako dorośli też często żyjemy cudzym życiem. Obserwujemy brata, sąsiada, kolegę z pracy, gwiazdy w internecie. Nie po to, aby czerpać wiedzę, którą można dostosować do własnych przekonań i przyzwyczajeń, ale by ich bezrefleksyjnie naśladować. Nieustannie potrzebujemy kogoś, kto nam powie, co robić i pokaże, jak żyć, bo sami czujemy się zagubieni

Dlaczego?

G.Ś.: Bo nie mamy zbudowanego poczucia sensu. Nikt nas tego nie nauczył. Dlaczego? Bo system szkolny był oparty na ocenach, w którym nie ma miejsca na odkrywanie swoich pasji i zdobywanie umiejętności potrzebnych w dorosłym życiu. To jest błędne koło. Jeśli dziecko uczy się dla ocen, dla rodziców, dla paska na świadectwie, w przekonaniu, że to mu zapewni świetną przyszłość, to bardzo mu współczuję.

Nie zapewni?

G.Ś.: Mówi się, że piątkowi uczniowie w przyszłości będą pracować u tych trójkowych. Prymusi często uczą się dla ocen, nie dla wiedzy. Dla rodziców, nie dla siebie. Skupieni wyłącznie na stopniach, nie mają czasu nauczyć się życiowej zaradności, bo wszystko inne robią za nich rodzice. A kiedy skończą studia i przychodzi im się zmierzyć z prawdziwym życiem, pojawia się kryzys. Nie mają pojęcia, co chcą robić, bo nic o sobie nie wiedzą. Przez ponad 20 lat spełniali cudze oczekiwania i dziś są dobrze wykształconymi analfabetami życiowymi.

A.Ś.: Przy tym chłopcy mają więcej szczęścia, bo mogą łobuzować. Z badań wynika, że dziewczynki nie znają siebie tak dobrze jak chłopcy. Wiedzą za to doskonale, czego się od nich oczekuje. Mają być grzeczne, skromne i posłuszne. W rezultacie wcześniej niż u chłopaków rozwija się u nich poczucie samokontroli. Bardzo się pilnują, bo szalenie im zależy, żeby sprostać tym oczekiwaniom. Chcą zostać zauważone i docenione, więc spędzają więcej czasu na nauce, mają mniej czasu na zainteresowania i pasje. Chłopcy mają więcej wolności, a tym samym większą szansę, żeby siebie poznać. Rezultat tych działań jest paradoksalny, bo nauczyciele bardziej interesują się rozrabiającymi chłopcami.

Pilność dziewczyn brana jest za normę.

G.Ś.: Cały system szkolny jest też bardziej krytyczny wobec dziewczyn. Stawia im większe wymagania, mniej rzeczy jest im wybaczanych. To, że chłopcy broją, jest odbierane jako naturalne, usprawiedliwiane ciekawością. Dziewczyny nie broją, bo społecznie nie ma na to zgody. A gdy zaczną, powstaje rysa na ich szkolnej reputacji.

A.Ś.: W dorosłym życiu kobieta przejawiająca te same zachowania co mężczyzna jest odbierana bardzo negatywnie. W życiu zawodowym pewny siebie mężczyzna to charyzmatyczny lider. Pewna siebie kobieta, jeśli uda jej się przetrwać szkołę i nie zamknąć w sobie, jest oceniana jako wyrachowana i dążąca po trupach do celu.

W szkole ocenom podlega nie tylko stan wiedzy, ale także wygląd.

A.Ś.: Różowe włosy, za krótkie spodenki, kolczyk w brwi – próby wyrażania siebie są nieustannie krytykowane. A to jest bardzo ważna chwila w dorastaniu, która prowadzi do budowania tożsamości. Nastolatek próbuje się określić, jakoś zidentyfikować. Nie wie do końca, czy te różowe włosy i kolczyk w brwi są dla niego OK, ale ma na nie ochotę. Chce spróbować. Nie doświadczając tego, nie będzie wiedział, co lubi, jaki chce być i jak wyglądać. 

G.Ś.: Jeżeli nie możemy wyrażać tego, kim jesteśmy, pojawia się brak poczucia autentyczności. Od małego jesteśmy uczeni, żeby udawać kogoś, kim się nie czujemy. A w dorosłości sądzimy, że na tym polega życie.

To znaczy, że lepiej wcale nie komentować zmian w wyglądzie?

A.Ś.: Zauważać, ale bez oceny. Wydaje nam się, że jak powiemy: „Ślicznie wyglądasz, córeczko, z tymi różowymi włosami”, to już jest super. Jesteśmy z siebie zadowoleni, bo wydaje nam się, że jesteśmy mili. Tylko że komplement ma w sobie zakamuflowaną ocenę. Już sam fakt, że jesteśmy oceniani, bywa bardzo stresujący. A jeśli komplement jest nieszczery, dziecko to wyczuje. Lepiej podpytać, skąd taka decyzja. Może córka się kimś zainspirowała i właśnie znaleźliśmy nowy temat do rozmowy? Po takiej pogawędce można powiedzieć: „Wow, rozmowa z tobą była bardzo inspirująca”. Jeśli chcemy komplementować, doceniajmy cechy charakteru, postępy czy umiejętności.

G.Ś.: Młodzi potrzebują, żeby rodzic był w ich świecie nie tylko, gdy przynoszą świadectwo. Potrzebują rozmowy o tym, co czują, co się z nimi dzieje, co ich kręci. Tylko często nie potrafią wprost tego wyrazić. Pragną akceptacji, nie ciągłej krytyki. Dlaczego odrzucają dorosłych? Dlatego, że oni są źródłem permanentnej oceny. Oni mają tego dość. Wtedy się izolują, zamykają i odcinają.

Czego dziecko nie powinno nigdy usłyszeć?

G.Ś.: Najgorsze, co można dziecku powiedzieć, to epitety nasączone pogardą: ty durniu, ty idioto, ty tępaku, wstyd mi za ciebie. To są ekstremalnie mocne słowa. Gdy dziecko słyszy coś takiego, powstają w nim naprawdę głębokie rany. Jeśli będzie mieć szczęście, może kiedyś przepracuje je na terapii. Taki proces terapeutyczny polega na odcięciu pępowiny łączącej dorosłego, często 40–50-letniego już człowieka, ze swoimi rodzicami. Dorosły ma problem, żeby się z tego wyplątać. A jak ma sobie poradzić 17-latek? On nie ma dokąd iść. A nawet jakby miał, to skąd ma wiedzieć, że sobie poradzi, skoro nieustannie słyszy, że nie? Ci, którzy już nie są w stanie wytrzymać, uciekają z domu.

Niebawem ruszacie z grupami poMOCy dla rodziców, którzy czują się bezradni w kontaktach z dorastającymi dziećmi. Co powiecie rodzicowi, który właśnie się dowiedział, że jego dziecko nie przejdzie do następnej klasy?

G.Ś.: Powtórzenie klasy jest procesem edukacyjnym. Trudnym, ale jest. Kiedy pojawia się ktoś z takim problemem, mówię: puść, zostaw dziecku odpowiedzialność za oceny. Nie odrabiaj za niego zadań, nie waruj. Nie przejdzie z klasy do klasy? To nie przejdzie. Straci rok, ale może zyska 10? To, czego je nauczy powtórzony rok, może okazać się bezcenne w całym jego życiowym dorobku. Ale jeśli ty za niego przejdziesz tę klasę, to na pewno niczego się nie nauczy. Twój lęk, drogi rodzicu, jest twoim lękiem, nie dziecka. Wsadź ręce pod tyłek i oddychaj. Wytłumacz konsekwencje, dołóż wszelkich starań, żeby pokazać sens nauki, a potem zostaw. Jeśli pomimo tego dziecko zdecyduje o powtórzeniu klasy, to mu pozwól. Zaniedbanie ocen jest decyzją dziecka, uszanuj ją.

Rodzic powie: mam nie dbać o swoje dziecko i jego przyszłość?!

G.Ś.: Dbać to odgrywać swoją rolę. Rolą rodzica nie jest pilnowanie ocen na świadectwie, to nie jest jego odpowiedzialność. Rodzic ma być przewodnikiem, który otwiera dziecko na świat, rozbudza zainteresowania, pokazuje poczucie sensu. Najpierw zrozum swoje dziecko i jego motywację do nauki. Jeśli wie, po co się uczy, to ocena będzie dla niego tylko niewiele znaczącą cyfrą w dzienniku. Jeśli nie wie, będzie potrzebować ocen i przewodnika, który przez całe życie będzie mu mówił, co ma robić. Rozmowa o poczuciu sensu jest kluczem do wszystkiego, zarówno w okresie dorastania, jak i w dorosłości. W dorosłym życiu też co jakiś czas trzeba robić sobie przystanek i sprawdzić, czy to, jak funkcjonuję, ma dla mnie sens, czy może się gdzieś zagubiłem i brnę bezrefleksyjnie. Jak mamy poczucie sensu, reszta jest wyłącznie ozdobą, niczym więcej.

A.Ś.: Często gubią nas oczekiwania, że dziecko doskonale zda maturę, będzie lekarzem, prawnikiem, prezesem. Trzeba je puścić i pozwolić decydować. Jesper Juul zauważył, że przez oczekiwania rodziców dzieciom brakuje przestrzeni. Rodzice cały czas są obok. Zapisują na dodatkowe zajęcia, przywożą, odwożą, kontrolują. Ciągły nadzór, zero wolności.

Czy te działania nie biorą się z troski? Rodzic chce dla dziecka jak najlepiej.

G.Ś.: Najlepiej dla dziecka czy dla siebie? Gdyby faktycznie chciał dla dziecka dobrze, to dałby mu swobodę. Dorośli magicznie zapominają, jak sami byli dziećmi i nastolatkami. Warto sobie przypomnieć te czasy. Kiedy czułem się spełniony, a kiedy osaczony? Opieka to swoboda, nadopiekuńczość to więzienie. My, dorośli, często skupiamy się na konwenansach: co wypada, co będzie dobrze wyglądało, czym można się przed innymi pochwalić. Chcemy móc przypiąć sobie medal wspaniałego rodzica: wychowałem, wykształciłem, więc kontrolujemy wszystkie dziecięce aktywności. Zamykamy w klatce oczekiwań, zamiast otwierać dziecko na świat.

Jak się otwiera dziecko na świat?

G.Ś.: Rodzic, który otwiera dziecko na świat, pokazuje mu najwięcej, na ile go stać. Stać w rozumieniu mentalnym, nie finansowym. Pozwala doświadczać życia i jego barw. Wtedy u dziecka budzi się ciekawość, bo każdy dzień może być przygodą.

A.Ś.: Zabierzmy dziecko na spacer czy do kina. Nie po to, żeby odhaczyć dwie godziny razem, ale żeby pogadać o tym, co się zobaczyło. Co w tym filmie było fajnego? Co ci się podobało u głównej bohaterki? Jak myślisz, ona mogła inaczej postąpić? Dzięki takim rozmowom możemy pokazać sferę emocjonalną człowieka, wpoić wartości, nauczyć tolerancji.

G.Ś.: Jeśli jedziemy na wakacje za granicę, wyjdźmy poza basen w hotelu i zobaczmy, jak żyją ludzie w innych kulturach. Szukajmy elementów poznawczych. Jeżeli ich nie ma, to nie ma zainteresowań. Bez nich nie ma na czym budować. Dajmy dzieciom swój czas, bądźmy w ich świecie, ale nie narzucajmy im wizji siebie, w ich ciele, w ich skórach i w ich głowach. One są odrębnymi jednostkami. Jeśli od najmłodszych lat przez cały proces towarzyszenia dziecku będę autentycznie zainteresowany nim i jego światem, ono się odwzajemni. W pewnym momencie nasze światy zaczną się przenikać i nawzajem inspirować. Nie uda się tylko wtedy, gdy to nie będzie naprawdę. Kiedy ja, rodzic, będę to zainteresowanie udawał.

22.06.22, rozmowa Marii Organ z Agnieszką i Grzegorzem Święch

https://weekend.gazeta.pl/weekend/7,177333,28604716,nie-da-sie-budowac-relacji-z-dzieckiem-slowami-jestes-glabem.html